poniedziałek, 29 maja 2006
O sługach Bożych...

"Nieustanne zagrożenie wojenne zakłócało duszpasterską pracę Kościoła, niszczyło jego dorobek intelektualny i materialny, kolidowało zresztą z podstawowymi ideami chrześcijaństwa.
Wykorzystując zatem swój autorytet, władza duchowna starała się ograniczyć rycerskie zapały. Wprowadzała zasady Pokoju Bożego (Treuga Dei) zabraniajace toczenia walki w dni świateczne, w adwencie, w wielkim poście, a w zwykłym czasie od środy wieczorem do poniedziałku z rana. Nie zawsze to skutkowało, skoro dostojnicy kościelni często sami uciekali się do rozstrzygania sporów z bronią w ręku. Duchowny przelewajacy krew bliźnich podlegał wprawdzie karom kościelnym, ale biskupi i opaci potrafili rozwiązać ten problem, używając w bitwie nie miecza lub włóczni, lecz maczugi. Tak wyekwipowany sługa Boży, gromiąc swych przeciwników, przetrącał im wprawdzie kości, ale nie zadawał ran krwawych, co czyniło zadość literze prawa i nie budziło zgorszenia."

A. Nadolski, Wojna a społeczeństwo (XI-XIVw.), w: Rozkwit średniowiecznej Europy, red. H. Samsonowicz, Warszawa 2001

poniedziałek, 27 marca 2006
Dla ziemian

Miej ziemię – mówią – zyskasz szacunek.

Pamiętaj o tych obowiązkach,

Kupiłem łokci więc kilkanaście

W kwadracie i to… na Powązkach

Fracha, „Kolce” nr 2(1890), s. 15.

Żona pilnie potrzebna

Kawaler, lat 75, emeryt kolei nadwiślańskiej, który po przesłużeniu lat 40-tu pobiera miesięcznie 12 rs. 13 ½ kop., sympatycznej do zadziwienia fizjognomii, trochę tylko garbaty i kulawy, natomiast pełen ognia i zapału do życia, jaki objawił się przed paroma dniami po zastrzyknięciu amerykańskiego „płynu miłości” pragnie poślubić panienkę z zacnej szlacheckiej rodziny, wykształconą, gospodarną, grającą koncertowo na jakimkolwiek bodaj dętym instrumencie, z posagiem od 30-tu do 40-tu tysięcy RS. Oprócz zdrowia i młodości uroda nie jest wymagana, gdyż kawaler jest niewidomy.

Oferty proszę składać pod godłem: „Pierniczek.”

Ogłoszenia przyszłości, „Kolce” nr 7(1890), s. 53.

21:58, bestyarjusz , ars vivendi
Link Komentarze (2) »
sobota, 25 marca 2006
W alkowach szesnastowiecznych władców

"Pierwszym obowiązkiem królowej jest rodzenie potomstwa. Katarzyna wychodząc za księcia Orleanu miała czternaście lat i sześć miesięcy. Jeżeli wierzyć pewnemu raportowi Antonia Sacco dla rządu mediolańskiego z 30 października 1533 roku, Franciszek I osobiście odprowadziwszy nowożeńców do łoża zapragnął przyjrzeć się, jak sobie będą poczynać i stwierdził, że oboje sprawili się dzielnie. Igraszki okazały sie jednak bezpłodne. Katarzyna przez nastepnych dziesięć lat nie zachodziła w ciążę. Trapiło ją to ogromnie. Czy w tym należy się dopatrywać głównej przyczyny jej upodobania do lekarzy, jasnowidzów, magików, którymi tak lubiła sie otaczać? Każe sobie przyrządzać napary, unika jazdy na mule, zwierzęciu znanym z bezpłodności i rzekomo zarażającym tą ułomnością niewiasty, które go dosiadają. Szuka rady w kabałach, talizmanach, formułach alchemików, receptach Alberta Wielkiego, Izydora Lekarza, Focjusza, Tabariensisa, Bleriusa. Zachował sie tekst świadczący o osobliwym pomieszaniu zabobonów i religii katolickeij w postawie Katarzyny. Jest to kopia dziwacznego szkaplerza z wypisanymi po łacinie, po francusku i po hebrajsku modlitwami, który królowa stale na sobie nosiła."

J.Heritier, Katarzyna Medycejska, Warszawa 1981

"W opinii powszechnej uchodził [Zygmunt August] za arcyrozpustnika. Ale czy w tych latach był nim naprawdę? Rozpatrując jego akcje polityczne i dyplomatyczne, łatwo zauważyć, jak wiele zawarł w nich twórczej myśli, jak daleko siegał przewidywaniami i jak logicznie zbiegały się kierunki jego działań. Było w tym coś z renesansowej kompozycji, coś z harmonii kunsztownego klejnotu. Tą samą celowością i logiką kierował się w swoich najintymniejszych dążeniach do zapewnienia państwu ciągłości dynastycznej. Akt płciowy w jego rozumieniu miał przede wszystkim sens polityczny. Gdyby mu szło tylko o zaspokojenie 'chuci', na pewno nie łączyłby tajemnic sypialni z polityką państwa. do rozpusty nie był mu potrzebny rozwód z córką cesarza. Nie o to szło.
Król dokładnie badał i obserwował wszystkie przejawy swego stanu fizycznego i na pewno zastanawiał się nad tym, czy aby przyczyna zła nie tkwiła w 'francuskiej' przypadłości Barbary Radziwiłłówny, ale pełnej wiedzy o tej chorobie nie miał, bo jej nie mieli jego medycy. Jedno było wazne: jego kobiety zachodziły w ciążę. A więc? Doszedł do przeświadczenia, że jedno tylko pozostało mu remedium: szukać wśród wielu młodych i zdrowych kobiet, szukać planowo i bez ustanku tej jednej, która by mu dała potomka.
Była w tym jakaś systematyka. Król planował sobie dziedzica według wzorów gry politycznej, na zasadzie systematycznego uderzania w jeden cel z wielu różnych stron. Sposób taki stosował w walce z matką, z Iwanem Groźnym, z Inflantczykami, z Gdańskiem.
W oczach ludzi niezdolnych do zrozumienia takiej 'systematyki' musiał uchodzić za rozpustnika. Pięć łóżek przecie u niego stało, a w każdym była panna."

E.Gołębiowski, Zygmunt August. Żywot ostatniego z Jagiellonów, Warszawa 1977

poniedziałek, 20 marca 2006
Warszawa się bawi

A że tu liczne klasy narodu nie pracują ani rękami, ani nogami, więc muszą tańcować. Inaczej zabijałaby ich apopleksja i w ciągu krótkiego czasu stracilibyśmy całą inteligencję.

- A cóż robią ci ludzie w Wielkim Poście, kiedy nie wolno tańcować? – zapytałem.

- Po całych nocach grają w karty – odparł lekarz.

- Dlaczego?

- Rzecz prosta: mózg w jakiś sposób musi zużyć nagromadzone w nim siły. A że tu liczne klasy narodu nie pracują nad nabywaniem wiadomości, ani nad tworzeniem, więc muszą grać w karty. Inaczej zabijałaby ich apopleksja!

Oto macie rzetelny wizerunek tutejszych klas zamożnych. Mają one siły i umysłowe, i fizyczne, ale nie tworzą nic, owszem – tylko trwonią, ponieważ nie nauczono ich pracy ani umysłowej, ani fizycznej.

Zasadniczą cechą zamożnych Polaków jest:  bezcelowe, a nawet kosztowne zużywanie sił muskularnych i duchowych – na nic. A ponieważ fakt <> wielką gra rolę w historii tego narodu i ponieważ jak wszędzie, tak i tutaj kobiety mają mniej sił, więc one znowu inaczej marnują zasoby społeczne, mianowicie: na stroje. […]

Trzecią cechą inteligentnych Polaków jest prawie zupełny brak oszczędności. W Niemczech, Francji, Anglii oszczędza się wszystko: pieniądze, budowle, książki, machiny, lasy, zwierzęta, nareszcie pracę ludzką i zdrowie. Tu nie chroni się nic: nie tylko lasów i pól, ale nawet młodych drzewek wzdłuż ulic. Nie oszczędza się ani pieniędzy, ani koni, ani robotnika; nie dba się ani o przechowywanie użytecznej wiadomości, ani o zakonserwowanie ludzkiego życia. […]

Najcięższe klęski prześlizgują się po Polakach bez śladu, tak samo najpoważniejsze myśli i projekta; bo ten naród ma zawsze lat dwadzieścia, który to wiek żyje popędami i marzeniami, nie zaś celami i doświadczeniem.

Bolesław Prus, Kronika tygodniowa, „Kurier Codzienny”, nr 43 (1891).

środa, 08 marca 2006
Cesarstwo Franciszka Józefa

„Pochód ku czci cesarza – pisała Elizabeth Grossegger – był ostatnim hołdem złożonym idei cesarstwa, która przetrwała przez wieki od czasów Sacrum Imperium: Cesarstwa jako ponadnarodowej idei państwa, opartego na czymś więcej niż tylko na utylitaryzmie, jako klamry spinającej różne ludy i krainy, jako ładu państwowego, społecznego i duchowego, jako ponadnarodowego porządku prawnego, stojącego ponad rasami i klasami [jak miał osiemdziesiąt lat później zauważyć cytowany tu przez Grossegger wnuk cesarza, Otto von Habsburg, poseł do parlamentu europejskiego. W słynnej, choć być może apokryficznej anegdocie, na pytanie, czy wybiera się na mecz futbolowy Austria – Węgry, odpowiedział pono: A z kim gramy?]. To poczucie było zakotwiczone w pamięci zbiorowej.

Konstanty Gebert „Dziesięć dni Europy”

niedziela, 05 marca 2006
Spanile jizdy

16 kwietnia [1430r.] (wielu uczonych kwestionuje tę datę) miał miejsce atak husytów na klasztor jasnogórski. Łupem ich zachłanności padł słynny obraz Matki Boskiej. Ślady na obliczu Świętej, utożsamiane przez tradycję z bliznami, powstały w wyniku grabieży ozdób przywieszanych do obrazu. W napadzie tym brali czynny udział Czesi, Morawianie, Ślązacy, a także Polacy – Jan Kuropatwa z Łańcuchowa herbu Szreniawa, Jakub Nadobny z Rogowa herbu Działosza, kniaź Fedko Ostrogski. Długosz określił sprawców napadu jako „kupę łotrzyków” i dodał, że ponieśli śmierć od „miecza opatrzności” Były to jednak tylko życzenia polskiego kronikarza. Atak ten doprowadził do chwilowego napięcia w stosunkach polsko-husyckich. Przywódcy husyccy przeprosili króla oraz odżegnywali się od jakiegokolwiek udziału w napadzie, argumentując, że był on dziełem rozbójników. Fakt, że Jagiełło pod wpływem impulsu nie wypowiedział wojny Czechom, dobrze świadczy o jego zdolnościach politycznych. […] Na wieść o tym, że napad był zorganizowany w rzeczywistości przez „polskich husytów”, król nakazał się z nimi rozprawić. Prawdopodobnie winowajcy pozostali jednak bezkarni.

Piotr Marczak „Wojny husyckie” (Agencja wydawnicza EGROS)

Stosunki w rodzinie młodego Zygmunta Augusta

Gwałtowna Włoszka [Bona] wszelkimi sposobami forsowała swoje zamierzenia, a że natrafiała także na opory niektórych senatorów, dochodziło do burzliwych scen, a nawet awantur. Miotała się, płakała, krzyczała, wyrywała sobiew łosy z głowy, rzucała na podłogę, ale nic nie wskórała.

Na to wszystko patrzał królewicz. Niewiele rozumiał, lecz budziła sie w nim niechęć do matki. Ta wrzaskliwa kobieta, z pianą na ustach miotająca straszliwe włoskie przekleństwa, niepokoiła go, napawała obcością. Był zadowolony, gdy ojciec postawił na swoim.

Korony Czech i Węgier wysunęły sie z rąk Jagiellonów. (...) Nie żałował straty Zygmunt, ale odczuła ją boleśnie Bona. I królewicz był świadkiem nowych furiackich ataków matki.

Ach ta matka! Ileż niepokoju wniosła w jego najmłodsze lata! Najgorsze było to, że musiał stale z nią obcować. Król, powierzywszy wychowanie syna żonie, mało poświecał mu uwagi - i chłopiec był skazany na stałe towarzystwo matki. Rosła w nim niechęć do niej, ale rosła i dusza włoska.

Czarnooki, kruczowłosy, bladawy na twarzy, z wyglądu Włoch, stawał sie nim też i wewnętrznie. Uczył się od matki obyczajów włoskich i ulegał jej wpływom, mimo niepokoju i niechęci. Dwie siły: wpływ matki i pragnienie oporu przeciwko niej, będą odtąd przez długie lata kształtowały jego osobowość.

E. Gołębiowski, Zygmunt August. Żywot ostatniego z Jagiellonów, Warszawa 1977

Na dworze Ludwika XIV

Król domyślił się, jakim zaufaniem panna de La Valliere [jego obecna kochanka] obdarza pannę de Montalais. Intryganctwo tej panny nie podobało mu się: zabronił pannie de La Valliere z nią rozmawiać. Była mu posłuszna przy ludziach; Montalais jednak spędzała z nią całe noce i często dzień ją tam jeszcze zastawał.

Księżna [Henrietta, żona brata królewskiego], która była chora i zupełnie nie sypiała, posyłała nieraz po pannę de Montalais pod pretekstem, żeby poczytała jej jakąś książkę. Opuszczajac księżnę szła pisać do hrabiego de Guiche [kochanka księżnej], czego nie omieszkała robić trzy razy dziennie, a ponadto do Malicorne'a [swojego kochanka], któremu zdawała relację ze sprawy księżnej i ze sprawy panny de La Valliere. Była ponadto jeszcze powiernicą panny de Tonnay-Charente, zakochanej w margrabim de Noirmoutier, którego bardzo pragnęła poślubić. Jedno z tych zwierzeń zdolne było bez reszty pochłonąć jedną osobę, a panna de Montalais starczała na wszystkie.

Marie-Madeleine de La Fayette, Dzieje Henriety Angielskiej, tłum. Irena Dewitz, Warszawa 1968

piątek, 03 marca 2006
Juliusz Cezar - bunt legionów

…Wtedy nagle pojawił się ich wódz, zajął miejsce na trybunie i wezwał legionistów, aby przedstawili swoje żądania. Wprawił ich w osłupienie i dopiero po chwili rozległy się głosy domagające się zwolnienia ze służby. Cezar, choć zamierzał wyruszyć na wielką kampanię i bardzo potrzebował żołnierzy, odpowiedział spokojnie, że właśnie zostali zdemobilizowani i że wygra wojnę innymi oddziałami, lecz mimo to po zwycięstwie da im to wszystko, co obiecywał. Nastrój legionistów natychmiast zmienił się z wrogości w smutek i wstyd, że stary generał tak nisko ceni ich służbę.
Cezar nie powiedział nic więcej, dopóki wyżsi oficerowie – możliwe, że pouczeni wcześniej, jak mają postąpić – nie zaczęli głośno błagać go, by wybaczył ludziom, którzy tak wiele przeszli pod jego rozkazami. Kiedy po chwili wódz znów przemówił, zwrócił się do żołnierzy „cywile” (quirites), a nie – jak zwykle – „towarzysze” (comilitones). Buntownicy zaczęli prosić, by pozwolił im wrócić do służby. Gdy Cezar odwrócił się, żeby zejść z trybuny, krzyki stały się jeszcze głośniejsze. Legioniści błagali, by ukarał prowodyrów buntu, a resztę zabrał ze sobą do Afryki. Generał udawał niezdecydowanie, aż w końcu oznajmił, że zabierze na wojnę wszystkich prócz X Legionu, którego niewdzięczności nie może wybaczyć. Wtedy żołnierze z tej jednostki poprosili, by ich zdziesiątkował, lecz pozwolił pozostałym iść na wojnę. W końcu Cezar uznał, że emocje osiągnęły tak wysoki poziom, iż nie trzeba podejmować żadnych dalszych kroków. X Legion walczył dzielnie pod Lapsus i dokonał decydującego przełomu pod Munda.

Adrian Goldsworthy, W imię Rzymu, Warszawa 2004.

 
1 , 2